Małgorzata z programu „Sanatorium miłości”: Nie szukam perfekcji
Małgorzata, uczestniczka siódmej edycji „Sanatorium miłości”, w rozmowie z TVP.pl opowiada o swojej osobistej historii, pełnej wyzwań, podróży, miłości i straty. Przez niemal dwie dekady opiekowała się chorym mężem, a jego śmierć stała się punktem zwrotnym w jej życiu. Po wielu latach poświęconych rodzinie postanowiła wziąć udział w programie, który dał jej szansę na nowy początek. Dziś nie boi się podejmować ryzyka, realizuje swoje marzenia i otacza się autentycznymi ludźmi.
Paulina Gerasik: Przez prawie dwadzieścia lat opiekowała się Pani chorym mężem. Jak to doświadczenie wpłynęło na Pani podejście do miłości i relacji?
Małgorzata: Kiedy poznałam mojego męża, był wdowcem i samotnie wychowywał córkę. Miała zaledwie sześć lat, gdy straciła mamę, więc wiedziałam, że nie będzie to łatwe. Mimo to podjęłam decyzję – chciałam spróbować. Byłam świadoma, jak wielką stratę przeżyła ta dziewczynka, i nie oczekiwałam, że od razu mnie zaakceptuje. Stawiałam się w jej sytuacji, zastanawiając się, jak ja bym zareagowała, gdyby ktoś próbował zastąpić mi mamę.
Po śmierci męża moja pasierbica stała się dla mnie ogromnym wsparciem. Dba o moje szczęście, motywuje mnie, bym otworzyła się na nowe możliwości i czerpała radość z życia. Mój syn i córka widzieli, jak bardzo troszczyłam się o ich ojca. Nigdy nie brałam pod uwagę oddania go do placówki opiekuńczej – to było dla mnie nie do pomyślenia. Najtrudniejsze okazały się ostatnie lata jego choroby, ale nigdy nie żałowałam podjętej decyzji. Gdy usłyszałam diagnozę, nie mogłam powstrzymać łez, bo wiedziałam, że od tej pory będzie całkowicie zależny ode mnie. Lekarze uprzedzali mnie: „Margherita, nie myśl, że to potrwa długo”. Mimo to chciałam zrobić wszystko, by dać mu jak najwięcej szczęścia. Starałam się również chronić dzieci przed ciężarem tej sytuacji. Ukrywałam przed nimi swój ból i postępy choroby, by mogli skoncentrować się na własnym życiu i edukacji. Chciałam, by ukończyli studia i byli szczęśliwi, mimo trudności, które towarzyszyły nam w domu.
Musiało być Pani bardzo trudno.
To były naprawdę ciężkie chwile. Starałam się być silna, uśmiechałam się i mówiłam: „Nie martwcie się, wszystko jest w porządku, daję radę”. A potem zamykałam się w pokoju i płakałam, bo przytłaczało mnie to, że mój mąż był całkowicie zależny ode mnie. Z czasem oprócz Parkinsona pojawił się także Alzheimer. Mąż przestał rozumieć wiele rzeczy – nie wiedział, kiedy go karmiłam, kiedy przewijałam, kiedy pomagałam mu wstać z łóżka. To było niezwykle trudne, a jednocześnie poruszające, bo mimo swojej choroby wciąż mówił do mnie: „Margherita, przepraszam”. Te słowa rozdzierały mi serce. Odpowiadałam: „Nie masz za co przepraszać, jesteśmy razem, to jest najważniejsze”. Nie wiedzieliśmy, jak długo jeszcze to potrwa, ale chciałam, by czuł się kochany i bezpieczny. Kiedy trafił do szpitala, lekarze powiedzieli mi, że to już kwestia kilku dni. Natychmiast zdecydowałam, że zabieram go do domu. Lekarze byli zaskoczeni, ostrzegali mnie, że to zbyt trudne, że sobie nie poradzę. Nie słuchałam ich. Obiecałam mężowi, że wróci do domu – i dotrzymałam słowa.
Co wydarzyło się później?
W ostatnich chwilach trzymałam go za rękę, opowiadałam mu o naszym wspólnym życiu – od dnia, w którym się poznaliśmy, po wszystkie piękne i trudne momenty. Nie wiedziałam, ile rozumie, ale wtedy nagle ścisnął moją dłoń. To był dla mnie znak, że wciąż jest ze mną, że mnie słyszy. Natychmiast poinformowałam dzieci, mówiąc im, że ojciec wszystko rozumie, że to czas, by się pożegnać. Gdy zostaliśmy sami, powiedziałam mu: „Jesteś w domu. Możesz odpocząć, ja tu jestem”. Następnego ranka odszedł. To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu. Do dziś, gdy o tym mówię, łamie mi się głos…
Kiedy to było?
Trzy lata temu.
To wciąż świeże wspomnienie.
Tak, ale muszę przyznać, że udział w „Sanatorium miłości” i możliwość rozmowy na ten temat z Martą bardzo mi pomogły. Wcześniej byłam zamknięta w sobie, nie wiedziałam, co dalej. Przez ostatnie lata moje życie koncentrowało się na opiece nad mężem. Najpierw wychowanie dzieci, potem dwie dekady u boku ukochanego człowieka, który kochał mnie równie mocno. Życzę każdej kobiecie, by mogła mieć takiego mężczyznę, jakiego ja miałam. Kiedy go zabrakło, czułam się zagubiona. Zastanawiałam się: „Po co ja właściwie żyję? Przecież moje dzieci mają już swoje życie. Wszystko, co mogłam, już zrobiłam”. Wtedy to właśnie one zaczęły się o mnie martwić. Nie dbałam o siebie, za to coraz bardziej angażowałam się w ich sprawy. Ciągle pytałam: „Andrea, co teraz robisz? Marco, wszystko w porządku?”. Ich najmniejsze niepowodzenia przeżywałam tak, jakby były moimi własnymi.
Rozumiem, że po śmierci męża brakowało Pani opieki nad kimś?
Tak, to prawda. Wtedy moja córka zaczęła dzwonić do mnie częściej. We Włoszech nazywają mnie Margherita, ale ona mówi do mnie po prostu „Ma” – to połączenie pierwszych sylab od „mama” i mojego imienia. W rozmowach zawsze pytała: „Ma, jak się czujesz? Wszystko w porządku? Jak tam w Polsce?”. Podobnie było, gdy mieszkałam we Włoszech – moje dzieci bardzo się o mnie martwiły, wręcz naciskały, żebym wychodziła z domu, do ludzi. A ja nie wiedziałam, dokąd i po co miałabym pójść. Potem pojawiła się możliwość zgłoszenia się do programu „Sanatorium miłości”. Spróbowałam, ale za pierwszym razem się nie udało. Odebrałam to jako porażkę, jednak potem zadzwonili z redakcji, by zapytać, czy chciałabym spróbować ponownie. Nie wahałam się ani chwili.
Zdecydowała się Pani wziąć udział w programie z nadzieją na znalezienie miłości czy raczej szukała Pani przygody w towarzystwie osób w podobnym wieku?
Chciałam znaleźć kogoś, wierzyłam, że to możliwe. Wcześniej nie oglądałam tego programu, ponieważ mieszkając we Włoszech, po prostu o nim nie wiedziałam. Kiedy jednak pojawiła się szansa, podjęłam decyzję: pójdę, zobaczę, co mnie czeka, spróbuję. Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało, ale byłam gotowa na nowe wyzwanie. Muszę przyznać, że ten miesiąc był jednym z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Poznałam wspaniałych ludzi, na których mogę liczyć. To była prawdziwa odskocznia od codzienności. Nie musiałam się martwić o nic – nie myślałam o dzieciach, nie przejmowałam się ich troskami. Po prostu byłam tu i teraz – po raz pierwszy od dawna poczułam, że żyję dla siebie. Dla mnie to było coś wyjątkowego – miałam okazję być sobą wśród innych, niedoskonałych ludzi, bo ja sama też nie jestem doskonała. Nie szukam perfekcji. Dziś mam komfort, że mogę wybierać.
Czym jest dla Pani wolność?
To możliwość wyrażania swoich myśli, bycia sobą, cieszenia się życiem bez ograniczeń. Zauważyłam, że często martwimy się na zapas, prawda? I wtedy zadaję sobie pytanie: dlaczego? Może zamiast tego warto cieszyć się na zapas. Właśnie tego się trzymam. Nie wiem, co przyniesie jutro, ale teraz jestem szczęśliwa i chcę, by tak zostało.
Była Pani tancerką estradową. Co daje taniec? Czy wciąż jest obecny w Pani życiu?
Taniec to moja pasja – coś, co kocham od zawsze. Tańczę wszędzie, nawet w domu, sama. Dzięki temu nauczyłam się uważności – zarówno w słuchaniu muzyki, jak i innych ludzi. W trudnych momentach życia muzyka pomagała mi poczuć się lepiej. Czasem to właśnie tańcem pozbywam się negatywnych myśli. Dodaje mi on pewności siebie.
Jak długo Pani tańczy? Od dziecka?
Moja przygoda z tańcem zaczęła się w studenckim klubie Stodoła, gdy miałam około 15-16 lat. Powoli, krok po kroku, dochodziłam do coraz większej perfekcji. Później, gdy zaczęły powstawać grupy taneczne, stworzyłam własną, z którą wyjeżdżałyśmy, m.in. do Japonii. Kontrakty zagraniczne organizował Pagart, a w Polsce brałam udział w koncertach i innych projektach.
Jak wspomina Pani pobyt w Japonii?
To było wspaniałe doświadczenie, choć muszę przyznać, że nie aż tak wspaniałe jak czas spędzony w „Sanatorium miłości” (śmiech). Minęło już wiele lat, ale wspomnienia wciąż są żywe. Choć nie uważam, że moje włosy są idealne – czasami spotykam się z krytyką – to Japończycy zachwycali się nimi, często chcieli je dotykać, bo były blond i jedwabiste. A to dla nich wydawało się czymś niezwykłym. Zawsze żartowałam, że chętnie się zamienię, jeśli tylko pojawi się taka możliwość! Oczywiście oni sami mają przepiękne włosy. Kultura japońska, choć fascynująca, momentami była dla mnie trudna do zaakceptowania, ale mimo wszystko pobyt tam okazał się cudownym przeżyciem.
Gdzie czuje się Pani bardziej jak w domu – we Włoszech czy w Polsce?
Będąc we Włoszech, brakowało mi czegoś, czego nie da się zastąpić – prawdziwych przyjaciół. Tutaj, w Polsce, mam wielu bliskich znajomych, których znam jeszcze z czasów młodości i ze szkoły. To przyjaźnie, które przetrwały lata, a ta więź była dla mnie zawsze bardzo ważna. Dobrze się znamy, możemy na siebie liczyć – i właśnie tego brakowało mi najbardziej. Podobnie jest z dziećmi. Niedawno moja córka zadzwoniła i zapytała, czy jestem szczęśliwa. Kiedy odpowiedziałam, że tak, powiedziała: „Pamiętaj, zasługujesz na wszystko, co najlepsze na świecie”. I znów zaczyna mi się łamać głos…
To piękne.
Tak, w takich momentach po prostu się rozklejam, ale czuję też ogromną radość. Myślę sobie, że mimo wszystkich trudności zrobiłam w życiu coś dobrego. Zawsze powtarzam, że mam dwoje dzieci – Andrea jest dla mnie jak biologiczna córka. Pyta, jak się czuję, a ja opowiadam jej o tym, co u mnie, gdzie byłam, co robiłam. Zresztą ona i moja wnuczka z dumą śledzą program i chwalą się mną wszędzie. Wnuczka od razu pobiegła do szkoły, by powiedzieć nauczycielkom, że babcia będzie w telewizji. Głos mi się łamie zwłaszcza wtedy, gdy mówię o dzieciach, bo wiem, że zawsze byłam dla nich podporą. One to czują i chcą mojego szczęścia – bo wcześniej ja dałam im szczęście, szczególnie w trudnych chwilach.
Od kiedy przebywa Pani w Polsce?
Przyjechałam do Polski w sierpniu i zostałam do połowy grudnia. Wyjechałam na święta, ponieważ oprócz Bożego Narodzenia mój syn ma urodziny 24 grudnia – to moja gwiazdka, moje szczęście, mój prezent. Teraz znowu jestem w Polsce i zostanę tu do czerwca. Potem wracam do Włoch, bo moja wnuczka ma komunię, a ona sobie nie wyobraża, żeby mnie nie było. Już mi to powiedziała. Oczywiście obiecałam, że przyjadę – nie mogłoby być inaczej!
Co tu dużo mówić – jestem osobą spontaniczną, trochę szaloną. Z moim charakterem nie ma żadnych niespodzianek – jeśli kogoś kocham, to całym sercem i okazuję to w pełni. A jeśli kogoś nie lubię, to także nie mam problemu, by to pokazać.
Czego Pani nie akceptuje w związku? Jakie zachowania są dla Pani nie do przyjęcia?
Lojalność to podstawa. Nie toleruję oszustów. Szukam osoby empatycznej, z poczuciem humoru, która będzie potrafiła docenić mój śmiech i dbać o moje samopoczucie. Ważne, by partner był obecny nie tylko wtedy, gdy wszystko jest piękne, ale także w chwilach, kiedy tego naprawdę potrzebuję. Nie akceptuję chamstwa ani wulgarności. Facet musi mieć to coś, co mnie przyciągnie. Choć trudno to określić, potrafię to wyczuć, gdy z kimś rozmawiam. Czasem jedno słowo, jedno zdanie wystarczy, by wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Jaki według Pani jest przepis na zdrowy i szczęśliwy związek?
Akceptacja i kompromis. W moim przypadku dużą rolę odgrywały różnice kulturowe i mentalnościowe, ale miłość jest najważniejsza. To ona stanowi fundament związku. Początkowa, szalona miłość trwa zazwyczaj 3-4 lata, a potem pojawia się coś głębszego – to coś, co trzyma dwoje ludzi razem jeszcze mocniej. Nie potrafię tego dokładnie nazwać, ale wiem, że to jest silniejsze niż początkowa euforia.
Nie wiem, czy można kochać bardziej, niż ja kochałam. Ale wiem, że czułam się całkowicie odpowiedzialna – za mojego męża, za nasze życie, za dzieci. W pewnym sensie przejęłam kontrolę nad wszystkim, bo dla mnie miłość to także troska i oddanie.
Jaką radę dałaby Pani kobietom, które boją się otworzyć na miłość po stracie partnera?
Naprawdę trudno mi dać uniwersalną radę, bo to jest bardzo indywidualna kwestia. Mogę jedynie podzielić się swoim doświadczeniem, ale to tylko moje przeżycia. Nie wiem, jaką siłę mają inne kobiety, by zamknąć pewien rozdział i nie zapominając o tym, co przeżyły, iść do przodu. Ważne jest, by przeszłość mieć w sercu, ale nie zatrzymywać się na niej, tylko szukać sposobów na dalszy rozwój. Przede wszystkim trzeba wyjść do ludzi, cieszyć się z każdej chwili i z drobnych rzeczy w życiu. Ja też tego chciałam, a moje dzieci bardzo mi w tym pomogły. Mam w sobie wystarczająco dużo siły i optymizmu, by iść do przodu.
Zawsze byłam wielką optymistką. Myślę, że to właśnie pomogło mi przetrwać trudne chwile. Kiedy towarzyszyłam mojemu mężowi w chorobie, mimo wszystko starałam się dostrzegać pozytywne strony. Nie poddawałam się nawet wtedy, gdy lekarze mówili mi, że muszę się przygotować na najgorsze. Zawsze starałam się być uśmiechnięta, tańczyć, śpiewać i żartować. Mój mąż widział mnie taką – pełną życia. Czasami patrzył na mnie i pytał: „Margherita, wszystko w porządku?”. A ja odpowiadałam: „Tak, jest rewelacyjnie”. Bo dla mnie najważniejsze było to, żeby być obecną i czuć szczęście, mimo trudności. Reszta nie miała znaczenia.
Chociaż choroba mojego męża była trudna, nauczyła mnie wielu rzeczy. Mój mąż miał wielu przyjaciół, ale gdy zachorował, powoli zaczęli się oddalać. Słyszałam, jak mówili: „Chcemy go pamiętać takim, jakim był – radosnym”, na co ja odpowiadałam: „On wciąż żyje! On was potrzebuje, teraz bardziej niż kiedykolwiek”. Niestety nie było odzewu. Kiedy mój mąż zmarł, nie poinformowałam tych osób. Mieli mi to za złe, ale ja ich nie potrzebowałam – ani wtedy, ani wcześniej. Wtedy to ja decydowałam, kto ma być obecny w moim życiu.
Nie pozwolę nikomu ingerować w to, co mam robić i kim mam być. Jestem sobą – lojalną, szczerą i nie mam nic do ukrycia. Oczywiście popełniłam błędy, tak jak każdy z nas. Ale nikt nie ma prawa mnie osądzać, bo nikt mnie naprawdę nie zna. Aby mnie poznać, trzeba by się ze mną urodzić, a to niemożliwe. Nikt nie wie, dlaczego podejmowałam pewne decyzje. Dlatego teraz nie pozwolę, by ktoś wchodził w moje życie i mój świat. W tym momencie czuję, że to ja piszę scenariusz mojego życia i jestem jego reżyserem. Chcę, by było tak, jak ja tego pragnę.
Co chciałaby Pani jeszcze przeżyć? Jakie ma Pani marzenia?
Chciałabym przede wszystkim przeżyć miłość. Poznać kogoś, z kim będę mogła dzielić radość życia, cieszyć się każdą chwilą. To jest teraz dla mnie najważniejsze. Marzę o tym, by ponownie pokochać. Kiedy dołączyłam do programu „Sanatorium miłości”, nie wiedziałam, czy jeszcze jestem w stanie otworzyć serce na miłość. Początkowo miałam wątpliwości, ale postanowiłam spróbować. Za pierwszym razem się nie udało, ale za namową przyjaciółki postanowiłam zaryzykować ponownie. Zresztą nie szukam już ideałów. Chcę otaczać się ludźmi niedoskonałymi, bo sama taka jestem. Wierzę, że marzenia spełniają się zwariowanym osobom, takim jak ja. Zdecydowałam się zaryzykować i wywrócić życie do góry nogami. Pod koniec programu, kiedy wiedziałam, że to już prawie koniec, płakałam. Mówiłam, że nie chcę, żeby to się kończyło.
Czyli nie żałuje Pani, że zgłosiła się do programu.
W żadnym wypadku. Zrobiłam to na przekór wszystkim, mimo mojego życiowego bagażu i zmarszczek na twarzy. Jestem po prostu sobą, śmieję się do życia i do świata. Nie przejmuję się tym, co ludzie o mnie myślą, co mówią, czy się podobam, czy nie. Nawet jeśli krytykują, to poświęcają mi uwagę, a to oznacza, że o mnie pamiętają – i to jest ważne. Udział w „Sanatorium miłości” dał mi naprawdę dużo i pokazał, że moje życie może się zmienić. I tak się stało. Zmieniło się na lepsze. Przysięgam, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie!
Dziękuję za rozmowę!
„Sanatorium miłości”. Kiedy i gdzie oglądać?
Program „Sanatorium miłości” można oglądać co niedzielę o godz. 21:20 w TVP1. Wszystkie sezony programu dostępne są również w TVP VOD.